Dzien 3: Zdrowotna porazka i wiecej starej Havany

Niebo nad Plaza Vieja idealnie blekitne...
Nie pisalam o tym w poprzednim poscie, ale ten dzien wcale nie zaczal sie dobrze... Rano obudzilam sie z dziwnym uczuciem w lewym oku. Wystarczylo, zebym spojrzala w lustro i...juz wiedzialam, co sie dzieje! Malo bylo tego, ze przyjechalam z chorym uchem to teraz mialam jeszcze zapalenie oka!!! Jakos nie bardzo usmiechala mi sie wizyta u kubanskiego lekarza (generalnie to tego ranka wcale nie mialam ochoty na usmiech ;), postanowilismy natomiast znalezc apteke i sprobowac kupic krople do oczu.
Przy sniadaniu niesmialo zaczelismy wypytywac nasza gospodynie, Cary, o najblizsza farmacje. Jednak wyciagniecie takiej informacji od Cary bez wytlumaczenia, co sie dzieje nie bylo proste - nie dala nam spokoju, dopoki nie wyspiewalismy jej wszystkiego. Po szybkich ogledzinach mojego oka Cary zlapala za telefon i zadzwonila do swojego lekarza po porade. Po pieciu minutach konsultacji uspokoila mnie, ze nie mam sie martwic, ona bedzie mi robic zimne oklady na oko i pomoze w zdobyciu odpowiednich kropli :)
Rzeczywiscie, tego samego dnia po poludniu juz czekaly na mnie krople z antybiotykiem oraz kochana Cary z miseczka zimnej wody i garscia wacikow, gotowa do pielegnowania mojego oka :)
Mimo zdrowotnych zawirowan nie siedzielismy w domu. Przed poludniem podziwialismy wystepy La Colmenita, potem zjedlismy szybki lunch w kafejce przy przepieknej Plaza Vieja a nastepnie ruszylismy na dalsze zwiedzanie starej Havany.

Urocza Plaza Vieja (czyli Stary Rynek) w centrum Starej Havany

I chcac nie chcac, trafilismy w koncu i tak do apteki! Apteka to jednak byla nie byle jaka. Na ulicy Calle Brasil, w pieknym budynku art-deco, znajduje sie Museo de la Farmacia Habanera. Z jednej strony - muzeum, z drugiej - pracujaca wciaz apteka. Bylismy zdziwieni widzac dlugi ogonek Kubanczykow, czekajacych na ulicy na swoja kolej, zeby moc wejsc (pojedynczo!) do srodka. Wnetrze apteki to prawdziwy rarytas dla milosnikow art-deco: piekne meble, witraze i lampy. Do tego cale rzedy tajemniczych slojow zawierajacych wszelkiego rodzaju medykamenty, kilka ciekawych eksponatow z historii aptekarstwa, miedzy innymi antyczny mikroskop, ktory zachwycil Rysia :) A mnie rozbawil widok produktow higienicznych z rodzimej torunskiej fabryki, lezacych posrod wszystkich tych staroci!
Perla art-deco: Muzeum Farmacji
 Do domu wrocilismy tym razem piechota a na wieczorny posilek wybralismy polecany przez wszystkie chyba posiadane przez nas przewodniki paladar La Tasquita. Na Kubie funkcjonuja dwa rodzaje restauracji: rzadowe (zazwyczaj drozsze i serwujace mniejsze porcje) oraz prywatne, tak zwane paladary. Mnie ujely szczegolnie te malenkie, domowe paladary, gdzie czulismy sie jakbysmy stolowali sie u kogos w jego pokoju jadalnym :) Taka wlasnie byla La Tasquita - w nieduzej sali, zapewne bedacej czescia mieszkania wlaciciela, znajdowaly sie zaledwie cztery male stoliki ( w tym tylko jeden czteroosobowy), ktore ledwo miescily olbrzymie porcje serwowanego tam jedzenia. Wszystko bylo przygotowywane na zamowienie (dlatego czekac trzeba bylo dosc dlugo, ale mielismy gwarancje, ze jedzenie jest swieze) i przepyszne!
A po kolacji czekala na nas niespodzianka - przy placeniu wreczono nam mala karteczke, gdzie odrecznie wypisane bylo '20% znizki na kolejne wizyty' :))


Brak komentarzy

Prześlij komentarz