Dziwny czar Assyntu, który sprawi, że zapragniesz zostać geologiem ;)


Nasz pierwszy przystanek w Assyncie: wizyta w rezerwacie przyrody Knockan Crag, będącym częścią wielkiego Geoparku North West Highlands. Widoki są nieziemskie, wystarczy wspiąć się kilkadziesiąt metrów z parkingu, żeby jak na dłoni zobaczyć cały łańcuch górski Assyntu, doliny i dziesiątki jezior; być może nawet kawałek oceanu. I nawet pod pochmurnym niebem wygląda to wszystko bajkowo!
Po pól godzinie podziwiania krajobrazów i zerkania na wszechobecne kolorowe skały, Zuzia oświadcza nam z błyskiem w oku: Ja już wiem kim chcę zostać! Będę takim naukowcem, który bada kamienie… no, tym… ge, ge… Geologiem! Kończymy razem z nią gromkim chórem. :) I nas też chyba ten geologiczny szał 'bierze', bo zaczynamy wypatrywać co ładniejszych kamyczków pod nogami. I wracamy do domu z bagażnikiem pełnym grzechoczących eksponatów.

North West Highlands Geopark rozpoczyna się w miasteczku Ullapool i ciągnie się przez setki kilometrów aż do północnego krańca Szkocji, obejmując ponad dwa tysiące kilometrów kwadratowych. To wyjątkowe miejsce, gdzie na własne oczy można zobaczyć jeden z najstarszych krajobrazów w Europie. Nawet jeśli zapomnimy, że te góry i doliny ukształtowane zostały ponad trzy miliony lat temu to i tak człowiek zatrzymuje się tam w niemym zachwycie - jest po prostu pięknie! Geopark obejmuje kilka pasm górskich, wybrzeże oraz rozległe doliny i dzikie torfowiska północnej Szkocji. To takie wielgachne naturalne muzeum pod gołym niebem ;) I jak na porządne muzeum przystało, co jakiś czas natknąć się można na sprawiające masę frajdy dzieciakom tablice informacyjne i ekspozycje wyjaśniające trudne geologiczne procesy.




Świetnym punktem na rozpoczęcie wycieczki po geoparku jest wspomniany wcześniej rezerwat przyrody Knockan Crag.  
Dla mnie to miejsce niezwykłe - łączące w sobie wspaniałą scenerię ze sztuką i z solidną porcją wiedzy. Geologicznej, oczywiście! ;) Znajdziecie tu trzy piesze trasy, prowadzące od małego centrum informacyjnego zwanego Rock Room. Sama idea centrum jest bardzo fajna: mnóstwo info o geologicznej historii tej części Szkocji i multimedialne ekspozycje dla młodszych piechurów. Jednak smutna rzeczywistość jest taka, że większość z tego nie działała, ku niekłamanej rozpaczy naszej Zuzi. Na szczęście Rock Room to tylko mała cześć tego, co ma do zaoferowania Knockan Track. Wybierzcie jedną z trzech tras: najtrudniejszą The Crag Top, średnio wymagającą The Thrust lub najłatwiejszą trasę Quarry, i spójrzcie z góry na przepiekny Assynt. W czasie wędrówki spotkacie idealnie wkomponowane w krajobraz niesamowite dzieła sztuki, zaprojektowane i wykonane w kamieniu przez lokalnych artystów: Frances Pelly, Susheila Jamieson, Joe Smith, Jim Buchanan i Valerie Pragnell. Mnie zachwycił The Thrust  - łukowato wygięta ściana wykonana z różnego rodzaju skał i dumnie zwieńczająca sam szczyt wzniesienia Knockan Crag. Nie tylko świetnie prezentuje się na zdjęciach  ale robi wrażenie też swoją skalą - to tak naprawdę niezły 'kawał sztuki' ;) Zuzia i Rysiek upodobali sobie natomiast wielką kamienną kulę 'Globe' (fajnie się do niej było przytulić ;)) i oczywiście 'Knockan Wall'. To ostatnie dzieło to sprytnie skomponowana mozaika z różnych rodzajów kolorowych skał tworzących miejscowe góry, razem z wiekiem ich powstania. Można więc było urzyc jej jako klucza i dowiedzieć się jaki rodzaju skały przynieśliśmy ze szlaku w kieszeni. A jaka to frajda mieć świadomość, że znalazło się eksponat pochodzący sprzed wielu tysięcy lat!
Przy skalnej rzezbie The Thrust
Sztuka i krajobraz pięknie się uzupełniają w Knockan Crag

The Globe - w sam raz do przytulania ;)



Zuzia w otoczeniu śmietanki geologów ;)
Knockan Wall

Datowanie cennego znaleziska ;)

Kamienie milowe pradawnej historii Szkocji
Jakby komuś było mało geologicznych atrakcji to w połowie trasy Thrust na własne oczy zobaczyć można efekt spiętrzenia i starcia się dwóch płyt tektonicznych, który spowodował całkowite przemieszanie się warstw skalnych. W efekcie tego zdarzenia starsze geologicznie skały wylądowały na powierzchni tych młodszych. Zjawisko to przez długie lata pozostawało niewyjaśnione i wprawiało badających ten obszar geologów w stan kompletnego osłupienia ;)
Wybraliśmy najtrudniejszą według wszystkich opisów trasę Crag Top jednak nawet nie zdążyliśmy się zasapać a już byliśmy na wierzchołku. Warto nadłożyć kilkanaście kroków i podejść jeszcze do punktu widokowego, z którego widok ciągnie się daleko, daleko na północ; na dzikie, bezkresne pustkowia...



Zaledwie piętnaście kilometrów od Knockan Crag leży kolejne miejsce, które powinno się zobaczyć w Assyncie. Wąska, wijąca się wśród torfowisk droga, doprowadzi was do postrzępionego na wierzchołku wzniesienia, które wygląda zupełnie jak wulkan. Brakuje tylko szarego dymu unoszącego się znad krateru ;) To mała góra o wielkim charakterze, która z wulkanem nie ma na szczęcie nic wspólnego - Stac Pollaidh. Wzniesienie to powstało z piaskowca torridonskiego, który ulega błyskawicznej wręcz erozji, co widać szczególnie na jego postrzępionej grani. Jeśli myślicie o zdobyciu Stac Pollaidh to lepiej zrobić to jak najszybciej, bo góra nieomalże znika w oczach ;)  Stac ma zaledwie odrobinę ponad sześćset metrów nad poziomem morza. Jednak nie dajcie się zwieść! To małe wzniesienie potrafi dać wspinaczom nieźle w kość, o czym przekonaliśmy się na własnej skórze.
Szlak na Stac i z powrotem to zaledwie cztery i pół kilometra jednak podejście jest strome i wymagające. Strona ze szkockimi trasami pieszymi Walkhighland zakłada, że dla przeciętnego piechura pokonanie tej trasy zabierze dwie do czterech godzin. Myślę, że spokojnie zmieścilibyśmy się w tym czasie, z kilkoma postojami po drodze ale... wogole nie dotarliśmy do szczytu! Rzadko nam się to zdarza (bo w sumie twarde z nas sztuki ;) ale tym razem poddaliśmy się, przegraliśmy ze szkocką, nieprzewidywalną pogodą. Kiedy zaczynaliśmy wspinaczkę, świeciło słońce a niskie chmury otulały jezioro Loch Lurgain jak kołderka. Po kilkuset metrach podejścia widoki były coraz bardziej nieziemskie ale chmury coraz bardziej gęste. Zaczęło mżyc, mgła była coraz bliżej nas (a może my bliżej niej?) i nie mogłam oprzeć się uczuciu, że wędrujemy w chmurze. Jeszcze kilkadziesiąt kroków w górę i mżawka zamieniła się w zacinający deszcz ze śniegiem, a widoczność zmniejszyła się do kilku metrów. Zaczęło być trochę niebezpiecznie, bo ledwo było widać wąską ścieżkę biegnąca po stromym zboczu. Z bólem serca i kompletnie przemokniętymi butami zdecydowaliśmy, że robimy w tył zwrot.
W sumie decyzji nie żałuję bo wędrując z dziećmi zawsze lepiej dmuchać na zimne jednak... miny odrobinę nam zrzedły kiedy w połowie zejścia deszcz zupełnie ustal a na niebie pojawiło się pełne słońce. Chmury się rozstąpiły i na mała chwilę ukazał nam się nieziemski wrecz widok - postrzępiony szczyt Stac Pollaidh. W pełnej okazałości :) Żeby było śmieszniej, to okazało się, że zawróciliśmy będąc około dwieście metrów od grani! Na osłodę i żeby utwierdzić nas w przekonaniu, że postąpiliśmy słusznie zaczęło znów lać w momencie, kiedy wsiadaliśmy do samochodu. 
Stac Pollaid - zdecydowanie nie wulkan!
szafirowe wody Loch Lurgainn


Im wyżej jesteśmy tym więcej mgły osnuwa stok
Az w koncu widac tylko tyle...
Schodzimy!

W Szkocji pogoda w kratke ;) Schodzimy a tu takie widoki!
A moze jednak wulkan?

Add caption
Dla mnie ta 'porażka' oznacza tylko jedno - że do Assyntu musimy wrócić, chociażby po to, żeby zmierzyć się po raz kolejny ze Stac Pollaidh! Podobno widoki ze szczytu zapierają dech w piersi...

Jeszcze tu wrócimy :)



Brak komentarzy

Prześlij komentarz