Jak liznąć Peru w szesnaście dni.


Kiedy zamykam oczy i myślę o naszych ostatnich wakacjach to widzę głównie kolory, setki kolorów, zmieniające się jak szkiełka w kalejdoskopie. Barwne tkaniny, czapki, ulice wypełnione ludźmi w kolorowych ubraniach, stragany uginające się pod wielobarwnymi, pięknymi tkaninami; lokalne targi, kolorowe budynki, góry, intensywną zieleń podzwrotnikowego lasu... I kolorowe śmieci, niestety. Tak zapamiętam Peru, jako krainę pełną kolorów! 
Nasze peruwiańskie wakacje to była fantastyczna podróż. Nie jestem pewna, czy tą intensywną eskapadę można wogole określić mianem wakacji, bo odpoczywaliśmy w jej trakcie bardzo niewiele.  Ale tak to zazwyczaj jest, kiedy jedzie się do wymarzonego miejsca ze świadomością, że jest to prawdopodobnie jedyna okazja w życiu na jego eksplorację, prawda? O Peru marzyliśmy rodzinnie już od kilku lat – dzieciaki chyba od czasu, kiedy obejrzeliśmy wspólnie film Paddington. Kiedy tylko pytaliśmy Zuzie I Rysia o cel kolejnej podróży to ich odpowiedź zawsze brzmiała: Peru. A może nie Paddington był tu winien, tylko lamy i alpaki? ;) Dorośli marzyli o tej części świata od dawien dawna; kiedy tylko gdzieś w magazynie podróżniczym albo TV mignęło zdjęcie legendarnego Machu Picchu, to powracał sen o Peru. I w końcu przyszedł czas na spełnienie tego marzenia. Czy było tak, jak się spodziewaliśmy; czy rzeczywistość dorównała naszym oczekiwaniom?

Odpowiem trochę przewrotnie: przed wyjazdem za bardzo nie wiedziałam czego się spodziewać po Peru oprócz słynnego, zapierającego dech w piersi widoku na Machu Picchu. Rzeczywistość okazała się zaskakująca. Peru to piękny ale dziwny kraj, pełen kontrastów i niespodzianek: rozległy ale zatłoczony (głównie przez turystów!); pozornie jedno z najbezpieczniejszych państw Ameryki Południowej ale na każdym kroku spotyka się tam uzbrojonych po zęby policjantów; zaskakująco drogi; chaotyczny ale wszystko jednak jakoś funkcjonuje z dnia na dzień. Czas w Peru płynie jakby inaczej. Serio, pojęcie czasu przez Peruwiańczyków jest kompletnie różne od naszego, europejskiego. Nawet w ulotkach reklamujących wycieczki w okolicy Cusco widnieje notka o tym, żeby do wszelkich godzinowych rozpisek podchodzić z dużą elastycznością. 😉
Tak czy siak, Peru zachwyca: dzikością przyrody, różnorodnością krajobrazu, kolorytem, odmiennością kultury. Żeby to w pełni docenić trzeba być przygotowanym i na takie atrakcje jak  pobudki w środku nocy, przejazdy telepiącym się busikiem po peruwiańskich bezdrożach, zgiełk I szalony tłok, pustynne upały i brak tchu na pięciu tysiącach metrow… Ale warto, uwierzcie mi! Może w czasie naszej peruwiańskiej podróży nie zawsze było różowo I pachnąco, jednak pomiędzy tymi wczesnymi pobudkami I czasami niezbyt komfortowymi przejazdami kryły się te najbardziej zapadające w pamięć momenty: niesamowite widoki, co do których byłam wcześniej przekonana, że są tylko wytworem filtrów I obróbki na IG; spotkania I rozmowy z mieszkańcami, podpatrywanie ich codziennego życia, próbowanie lokalnej kuchni.

W Peru zaliczyliśmy też kilka naszych prywatnych ‘NAJ’: była to NAJdalej na południe położona destynacja w historii naszych rodzinnych podróży I pierwszy raz, kiedy przekroczyliśmy równik (nie zdając sobie nawet z tego sprawy I smacznie chrapiąc w samolocie). Peru to również NAJwyżej położony kraj, który odwiedziliśmy i wdrapaliśmy się tam na niewyobrażalną dla nas dotąd wysokość: prawie pięć tysięcy metrów nad poziomem morza. Pobiliśmy też własny rekord ilości lotów w czasie jednych wakacji: lecieliśmy samolotem aż siedem razy (cztery loty do/z Peru I trzy wewnętrzne). To na peruwiańskiej ziemi smakowaliśmy jedne z NAJdziwniejszych potraw,  jakie zdarzało nam się jeść w podróży: zaczynając od surowej ryby, przez przysmak Inków czyli cuy I mięso alpaki a kończąc na deserze zwanym queso helado, czyli w dosłownym tłumaczeniu mrożony ser (przepyszny!). Myślę, że pod względem doświadczeń kulinarnych tą podróż przebijają jedynie nasze wietnamskie wakacje. 

Peru szlakiem Gringo.

Peru to olbrzymi I różnorodny kraj, zarówno pod względem krajobrazowym jak I pogodowym. Można w nim doświadczyć aż 28 z 32 występujących na całym świecie rodzajów klimatu! Nie wiem ile stref klimatycznych udało nam się zaliczyć, napiszę tylko, że były dni, kiedy pot lał się z nas strumieniami, były też takie, kiedy marzliśmy w zimowych kurtkach I czapkach a o głowy stukał nam grad. Zadziwiające było dla mnie to, że jeden krótki wewnętrzny lot był gwarancją na całkowitą zmianę pogody: I tak na przykład z pustynnej, suchej I gorącej Arequipy w godzinę przenieśliśmy się do wilgotnej I zamglonej Świętej Doliny Inków, która pierwszego dnia naszego pobytu bardziej przypominała Szkocję niż Amerykę Południową.

O ile okiełznanie pogodowej różnorodności Peru było wykonalne przy odrobinie perspektywicznego myślenia przy pakowaniu, to opracowanie planu podróży, pozwalającego na zobaczenie wszystkich atrakcji tego kraju było po prostu niemożliwe! Przyznam, że jeszcze na etapie planowania mieliśmy niezły dylemat co wybrać z całego ogromu peruwiańskich dobroci. Był też (niebezpieczny) moment, kiedy byliśmy bardzo blisko upakowania w te szesnaście dni dziesięciu różnych punktów na mapie. Na całe szczęście rozsądek wygrał, bo skończyłoby się na szalonym maratonie. Koniec końców zdecydowaliśmy się skupić tylko na południowej części kraju. Biorąc pod uwagę jak rozległe jest Peru, i to nie było łatwe.

Tak więc ruszyliśmy szlakiem Gringo, czyli trasą, którą podąża większość turystów. Trochę jak nie my, ale na pierwszą wizytę w nieznanej nam zupełnie Ameryce Południowej, z moim bardzo podstawowym hiszpańskim, jak znalazł! ;) Daliśmy sobie za to zapas czasu, żeby liznąć coś więcej niż tylko najsłynniejsze i najbardziej zatłoczone atrakcje turystyczne; żeby zatrzymać się na dłużej w miejscach, które nas zachwycą. Jeszcze na kilka tygodni przed wyjazdem biliśmy się z myślami co do wizyty w Machu Picchu: wizja wydania niemałej fortuny walczyła z chęcią spełnienia jednego z największych podróżniczych marzeń. To drugie w końcu wygrało i, pomimo mieszanych uczuć co do całego przedsięwzięcia, nie żałuję tej decyzji ani miliona wydanych monet! :P Prawdę mówili Ci, którzy twierdzili, że widoku na zaginione miasto Inków nie zapomina się do końca życia! Ze względów finansowych i trochę logistycznych zrezygnowaliśmy natomiast z wizyty w peruwiańskiej dżungli. Jestem pewna, że na las tropikalny przyjdzie jeszcze czas, być może w tej samej części globu, bo wizyta w Peru bardzo zaostrzyła mój apetyt na Amerykę Południową. Jest pretekst, żeby wrócić!  

Nasza peruwiańska trasa

Naszą podróż zaczęliśmy, jak większość odwiedzających Peru, w Limie. Nasłuchałam i naczytałam się o tym mieście, że mega niebezpieczne i jechałam tam mając lekki mętlik w głowie. Lima zdecydowanie mnie nie zaczarowała: to wielkie, głośne, brudne i szalone miasto, zasnute gęstą szarą mgłą ‘la garua’ przez większą cześć roku.  Przez półtora dnia pobytu nie udało nam się zobaczyć nawet skrawka błękitu nieba. Z drugiej strony znaleźliśmy kilka kolorowych zakątków w centrum historycznym Limy, zjedliśmy pyszny i niedrogi, w porównaniu z pozostałą częścią kraju, lunch i..nie daliśmy się okraść ani porwać przez fałszywych taksówkarzy, których jest w Limie więcej niż tych prawdziwych! :D
Lima i jej słynne wykuszowe balkony.
Po dwóch nocach w Limie polecieliśmy do Arequipy. Od pierwszego spojrzenia przez okno taksówki, którą jechaliśmy z lotniska, od pierwszego spaceru, zakochałam się w tym miejscu. Nawet Peruwiańczycy mówią z czułością i dumą, że to najpiękniejsze miasto ich kraju. Arequipa zwana jest białym miastem bo większość pochodzących z ery kolonialnej budynków zbudowana jest z kremowo-białej wulkanicznej skały ‘sillar, co nadaje starówce wyjątkowo elegancki charakter. Miasta strzegą trzy potężne wulkany, ze wspaniałym el Misti na czele. Po pobycie w szalonej, głośnej i pełnej smogu Limie, klimatyczna Arequipa była jak raj na ziemi: cicho (w miare;)), czysto, bezpiecznie (to jedyne miasto w Peru, w którym na ulicach centrum nie widać było policyjnej armii) i po prostu pięknie. W Arequipie spędziliśmy sporo czasu specerujac po urokliwej starówce, aklimatyzując się powolutku do wysokości (2400 metrów nad poziomem morza) i próbując specjałów lokalnej kuchni, z pieczoną świnką morską na czele. Zwiedziliśmy też kolorowy klasztor-miasto Świętej Katarzyny, wyskoczyliśmy na obrzeża miasta i odwiedziliśmy jedno z najsłynniejszych muzeów w Peru (Museo Santuarios). Widok z naszego hostelowego pokoju na wulkan El Misti tak bardzo przypadł mi do gustu, że zostaliśmy w Arequipie na trzy noce zamiast, jak planowaliśmy wcześniej, dwie. 
Czuwający nad Arequipa wulkan El Misti

Kolejny punkt naszej eskapady to były już wysokie góry! Góry, których odrobinę się bałam bo nie miałam pojęcia jak zniesiemy przebywanie na takiej wysokości. Wyruszyliśmy z Arequipy ciemną, zimną nocą i pojechaliśmy w stronę Kanionu Colca. Na ponad trzech tysiącach metrów spędziliśmy trzy cudowne dni, jedne z najpiękniejszych w Peru, które wspominam najcieplej z całej podróży.  Był czas i na słynne kondory, na eksplorację samego kanionu oraz na rozkoszowanie się powolnym rytmem dnia i podglądanie lokalnego życia w Cabanaconde. Góry okazały się łaskawe oraz, dziwnie (jak na Peru) wyludnione a my nie dostaliśmy choroby wysokościowej i przetrwaliśmy przejazd przez przełęcz na 4800 mnpm. Mój obraz Andów, który noszę teraz w pamięci to rozległe, zapierające dech w piersi płaskowyże doliny Colca, strome, poprzecinane zygzakami dróg ściany kanionu i cisza, jakiej nie doświadczyliśmy nigdzie indziej w Peru. Trekking na dno kanionu zorganizowaliśmy na własną rękę i polecam to każdemu, kto wybierze się w tamte rejony!
W Cabanaconde Andy calutkie dla nas! ;)
A, że z doliny Colca wszystkie drogi prowadzą do Arequipy, to spędziliśmy w moim ulubionym mieście kolejny wieczór i noc. Pamiętam, jak wszyscy poczuliśmy się wtedy jakbyśmy wracali ‘do siebie’. 
Potem kolejny lot i już byliśmy w Cusco, w którym jednak nie zabawiliśmy długo tylko czym prędzej, jeszcze z lotniska przenieśliśmy się do Świętej Doliny Inków, coraz bliżej do wymarzonego Machu Picchu. Naszym domem na trzy noce została osada Ollantaytambo. Wybraliśmy Ollanta (jak miasteczko nazywają miejscowi) licząc na prowincjonalną atmosferę, spokój i ciszę. Zastaliśmy za to prawdziwy tygiel turystyczny, gdzie wielkie autokary wycieczkowe bezustannie przywoziły nowe porcje tłumów. Na szczęście tłumy znikały wraz z godziną zamknięcia lokalnych ruin i Ollanta odzyskiwało swój czar: brukowane wąskie uliczki i niesamowite inkaskie mury były wtedy całe dla nas. Stamtąd eksplorowaliśmy okoliczne miasteczka, rozpracowywaliśmy jak się jeździ ‘colectivos’ (przez co jednego wieczora omalże nie zostaliśmy z ręką w przysłowiowym nocniku, pośrodku niczego i bez transportu) i zrujnowaliśmy finanse na Inkaskich ruinach. W końcu nadszedł długo wyczekiwany dzień i wycieczka do zaginionej cytadeli Inków. Przyznam się, że kiedy teraz to wspominam to nadal trudno jest mi uwierzyć, że tam byliśmy. Czasami, żeby samej sobie to udowodnić patrzę na nasze zdjęcie ze słynnymi ruinami w tle. To był pełen emocji, szalony i męczący dzień ale wart każdej kropelki wylanego potu i kasy chyba też! Bo kiedy pytam Zuzie co najbardziej zapamiętała z pobytu w Peru to niezmiennie odpowiada, że właśnie Machu Picchu.
Urocze brukowane uliczki Ollanta
A jednak, byliśmy przy Machu Picchu!! ;)
Na naszej trasie nie mogło oczywiście zabraknąć Cusco. Z Ollantaytambo przenieśliśmy się tam na kolejne cztery noce, poznaliśmy odrobinę miasto i spełniliśmy jeszcze jedno marzenie. Wyprawa na tęczową górę to była najbardziej szalona eskapada, jaką zaliczyliśmy w Peru: siedem godzin w trzęsącym się wanie, który telepał się po drodze nie istniejącej nawet na MapsWithMe, po to aby przez półtorej godziny pospacerować na pięciu tysiącach metrów wśród najbardziej nierealnych krajobrazów, jakie widziały nasze oczy! Cudowne, niezapomniane przeżycie, któremu towarzyszył autentyczny brak tchu oraz szalejąca nad naszymi głowami gradowa burza. :)
Cusco z najlepszego punktu widokowego na miasto!
Palcoyo, góra w paski! 

Samo Cusco mnie zaczarowało, może nie aż tak bardzo jak Arequipa ale ciężko było stamtąd wyjeżdżać, tym bardziej, że musieliśmy wrócić do Limy.
Ostatnią noc i dzień wakacji spędziliśmy w stolicy Peru, która, o dziwo, nie wydała się już mi aż tak bardzo chaotyczna i szalona, jak na początku naszego pobytu. Tym razem jednak uciekliśmy z centrum historycznego i spędziliśmy czas w dwóch artystycznych, kolorowych dzielnicach Limy: Callao Monumental oraz Barranco. Jadąc na lotnisko na lot powrotny do domu, przed oczami miałam wciąż wielobarwne murale i instalację z Callao a w głowie rozbrzmiewała mi peruwiańska Salsa...
Cdn.

24 komentarze

  1. Wspaniałą ta Wasza podróż, z ulgą przyjęłam na końcu cdn :) Podoba mi się plan Waszej trasy. Czekam na kolejne wpisy, bo ten to jak początek uczty. Pozdrawiam M

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Patrząc na tą podróż z perspektywy czasu to zmieniłabym co nieco w naszej trasie. ;) Dziękuję za miłe słowa i motywację do pisania!

      Usuń
    2. Mnie tez ucieszyło „cdn.” :)
      Czekam cierpliwie bo po tej lekturze wiem, że warto 😊
      Wspaniale się czyta i ogląda ❤️

      Usuń
    3. A mnie ogromnie ucieszył ten komentarz!!! Aż chce mi się usiąść do dalszego pisania :)

      Usuń
  2. Oj Peru jest na mojej liście, wszystko przez ukochanego pisarza, ktoś zgadnie o kim mówię?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyżby słynny mieszkaniec Arequipy - Mario Vargas Llosa? ;)

      Usuń
  3. Ale wspaniała wyprawa. Zdjęcia robią wrażenie

    OdpowiedzUsuń
  4. Cudowne widoki, wspaniała podróż. Piękne wspomnienia na zawsze.

    OdpowiedzUsuń
  5. Czytając przeniosłam się na chwilę do Peru... :) Machu Picchu to również jedno z moich podróżniczych marzeń. Świetny wpis, czekam na ciąg dalszy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. MIło mi, dziękuję! Ciąg dalszy w przygotowaniu ;)

      Usuń
  6. Zazdroszczę wyprawyprawy. Ja pewnie się nie wybiorę, bo za daleko.

    OdpowiedzUsuń
  7. Niesamowite widoki. W takich miejscach to i miesiąc za mało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się! Myślę, że na poznanie samego Peru potrzeba co najmniej kilku tygodni. Szczególnie, jeśli chce się dotrzeć również w te mniej turystyczne miejsca.

      Usuń
  8. Kraje Ameryki Południowej zdecydowanie tak... Pojechałabym..zapraszam też na lekcje hiszpańskiego jakby ktoś chciał się tam dogadać. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo chętnie! Bez hiszpańskiego w Peru (i generalnie całej Ameryce Południowej) ani rusz ;)

      Usuń
  9. Przepiękny kraj. Pewnie i miesiąc to byłoby mało, ale myślę, że w 16 dni spokojnie można zobaczyć co ciekawsze - tak jak Wy.

    OdpowiedzUsuń
  10. Cudowna podróz. Przeczytałam z zapartym tchem. Na dzunglę pryzjdzie z cała pewnościa czas. Ona w wielu miejscach Ameryki Południowej wyglada podobnie. Jestesmy wspaniała podróniczą rodzinka:)) Pozdrawiam:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ulu, dziękujemy! ;) A jaki kraj poleciłabyś jeśli chodzi o odwiedziny w dżungli właśnie? Słyszeliśmy, że Ekwador jest pod tym względem wspaniały.

      Usuń
  11. Zdjęcie teg wulkanu El Misti o zachodzie słońca mnie oczarowało! Nie wiem czy Peru bym odwiedziła, ale wygląda fascynująco :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. El Misti robi wrażenie! I wzbudza respekt. Dla kochających przygody organizowane są wycieczki na szczyt tego wulkanu (5822 mnpm!).

      Usuń
  12. Dla mnie jest to za bardzo ekstremalna podróż, ale wasze zdjęcia są przyjemne, piękne i zachęcające. Co natomiast chętnie mnie interesuje w Peru? Ubrania i obrusy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Peruwiańskie materiały i wyroby z wełny to osobna historia! ;) Są przepiękne! Na pewno przygotuję na ten temat wpis, bo lokalne wyroby po prostu mnie zachwyciły. Mieliśmy okazję dowiedzieć się co nieco o sposobach farbowania wełny, podpatrzeć jak tkane są materiały. A na razie zapraszam na nasz fanpage na fb i Instagram - sporo tam zdjęć kolorowego peruwiańskiego rękodzieła, również obrusów. ;)

      Usuń
  13. Widzę,że podróż się udała! Mam nadzieję, że nasze wskazówki dotyczące MP pomogły. Piękne zdjęcia, żałuję że z powodu odwołanego lotu nam nie udało się dotrzeć do Arequipa ;( ale cieszę się, że tam dotarliście! Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, podróż była niezapomniana! Arequipa to zdecydowanie moje ukochane miejsce w Peru. Żałuję, że nie mieliśmy więcej czasu, żeby poznać te mniej turystyczne zakątki w okolicy. Na przykład rezerwat Salinas y Aguada Blanca, który mieliśmy okazję podziwiać jedynie z okien busika wracając z Kanionu Colka. Widoki były cudowne!
      P.S. Oczywiście, wszystkie wskazówki były na wagę złota przy planowaniu tych wakacji. ;)

      Usuń